Jak zaimportować przepis z pina na Pintereście

AIfunkcja

Żeby przepis przypięty na Pintereście trafił do prawdziwej aplikacji kulinarnej, wystarczy skopiować adres pina i wkleić go w import z linku. Warto jednak od razu poznać zasadę, która tłumaczy całą resztę: pin nie zawiera przepisu. Zawiera zdjęcie, tytuł, opis i link wychodzący do strony, na której przepis faktycznie się znajduje. Cookfolio podąża właśnie za tym linkiem i odczytuje stronę docelową. Konsekwencja jest prosta i trzeba ją powiedzieć od razu: pina bez linku wychodzącego albo z linkiem martwym nie da się zaimportować.

Pin to zdjęcie i odnośnik, a nie przepis

Kiedy klika się przycisk „Odwiedź”, Pinterest przenosi na blog albo stronę kulinarną. Dopiero tam są składniki, gramatury i kolejność czynności. Na samym Pintereście jest apetyczna fotografia i obietnica.

Stąd bierze się scenariusz, który zna każdy, kto gotuje: przypina się coś „na później”, tablica rośnie, a w momencie gotowania trzeba otworzyć Pinteresta, odnaleźć pina wśród setek innych, kliknąć, poczekać na wolno ładujący się blog, przewinąć reklamy i trzy akapity wspomnień z dzieciństwa autorki, zanim pokaże się lista składników. Przy jednym przepisie to drobiazg. Przy planowaniu zakupów na cały tydzień z pięciu różnych pinów robi się z tego kwadrans klikania.

Z czasem dochodzi drugi problem: erozja. Tablica zbierana przez kilka lat i licząca kilkaset pinów zawsze zawiera odnośniki martwe. Blog został zamknięty, adres się zmienił po migracji strony, wpis usunięto. Zawiera też piny czysto dekoracyjne: ładne zdjęcie talerza wrzucone wprost na Pinteresta, bez żadnej strony za nim.

Nie chodzi o to, że Pinterest jest zły: do odkrywania pomysłów sprawdza się bardzo dobrze. Po prostu tablica nie jest książką kucharską, w której da się przeliczyć składniki na sześć porcji albo czytać kroki jedną ręką przy garnku. I stąd wniosek, który porządkuje cały ten tekst: zaimportować pina znaczy dotrzeć do jego źródła, a nie odczytać obrazek.

Jak przebiega import, krok po kroku

Od strony użytkownika sprawa jest krótka. Otwiera się Cookfolio, dotyka przycisku „+”, żeby dodać przepis, wybiera import z linku, wkleja adres pina, czeka kilka sekund, przegląda wynik i zapisuje.

Akceptowane są wszystkie zwykłe warianty adresów: pinterest.com, wersje krajowe w rodzaju pinterest.pl, pinterest.fr czy pinterest.de, subdomeny mobilne (m.pinterest.*) oraz krótkie linki pin.it. Krótki link jest najpierw rozwijany do pełnego adresu pinterest.com, a dopiero potem czytany, więc można spokojnie wklejać to, co podsuwa przycisk udostępniania.

Mechanizm, bez żargonu: aplikacja otwiera stronę pina, szuka na niej adresu strony źródłowej (czyli celu przycisku „Odwiedź”), a następnie uruchamia na tym adresie dokładnie to samo przetwarzanie co przy zwykłym imporcie ze strony internetowej. Na stronie źródłowej najpierw szukane są ustrukturyzowane dane przepisu, które większość serwisów kulinarnych publikuje w kodzie swojej strony, a dopiero gdy tych danych brakuje lub są bezużyteczne, do pracy wkracza sztuczna inteligencja. Ten podział opisuje szerzej tekst o tym, jak działa import AI. W trakcie operacji na ekranie widać wyraźny komunikat o otwieraniu źródła pina.

Całość trwa kilka sekund, bo nie ma tu żadnego filmu do przeanalizowania, tylko strona internetowa do odczytania. I rzecz najważniejsza: wynik nigdy nie zapisuje się sam. Wyodrębniony przepis zawsze trafia najpierw na ekran do sprawdzenia i poprawienia, a zapis następuje dopiero po akceptacji.

Czego aplikacja nie robi: nie ogląda zdjęcia z pina ani nie czyta jego opisu. Podąża wyłącznie za linkiem wychodzącym.

Piny, których nie da się zaimportować

To najuczciwsza część tego tekstu. Są trzy typowe sytuacje, w których import się nie uda.

Pin bez linku wychodzącego. Samo zdjęcie, wrzucone bezpośrednio na Pinteresta, bez strony za nim. Nie ma za czym podążyć, więc aplikacja pokazuje czytelny komunikat o niepowodzeniu zamiast wymyślać przepis. To świadoma decyzja: lepsza jasna odmowa niż zmyślone gramatury, które wyjdą na jaw dopiero przy piekarniku.

Martwy link. Pin prowadzi do konkretnej strony, ale ta strona zniknęła: blog zamknięty, wpis skasowany, adres zmieniony. Aplikacja nie może otworzyć strony i mówi to wprost, proponując sprawdzenie linku lub ponowną próbę później. Przy pinach sprzed kilku lat jest to najczęstsza przyczyna niepowodzenia.

Link prowadzi gdzie indziej niż do przepisu. Zdarza się, że pin wskazuje stronę główną bloga, zbiorczy wpis typu „30 pomysłów na deser” albo treść zamkniętą za obowiązkowym logowaniem. W żadnym z tych przypadków nie ma jednego, konkretnego przepisu do wyodrębnienia.

Do tego jeden przypadek graniczny: wklejenie adresu całej tablicy albo profilu na Pintereście nie zadziała. Import obsługuje jednego pina naraz.

Kiedy import się nie powiedzie, aplikacja podpowiada wyjścia awaryjne: odnaleźć oryginalny przepis w wyszukiwarce i wkleić jego adres, zrobić zrzut ekranu i zaimportować go jako zdjęcie, albo skopiować tekst przepisu i wkleić go jako tekst.

Porządki na tablicy robi się w trakcie importu, nie przed

Nie istnieje masowy import całej tablicy Pinteresta i, szczerze mówiąc, dobrze się składa. Przepuszczenie trzystu pinów przez aplikację daje książkę kucharską równie zagraconą co tablica, z której pochodzi. Zmienia się tylko miejsce bałaganu.

Metoda, która działa, jest ilościowa. Otwiera się swoją tablicę i przyjmuje jedno proste kryterium: czy to danie zostanie ugotowane w ciągu najbliższego miesiąca? Nie „kiedyś”, nie „na święta za rok”. W ciągu miesiąca. Przez ten filtr przechodzi zwykle od dziesięciu do dwudziestu pinów i tylko one zasługują na import. Pomocna wskazówka przy szybkim przeglądaniu: pin, który po kliknięciu otwiera prawdziwą stronę kulinarną, jest importowalny, a pin, który zostaje na Pintereście, nie jest.

Dochodzi ograniczenie techniczne: między dwoma importami trzeba odczekać około pięciu sekund, a dzienny pułap wynosi sto importów. Zrzucenie całej tablicy hurtem i tak nie wchodzi więc w grę. Masowy import istnieje wyłącznie dla kolekcji wyeksportowanych z Paprika (.paprikarecipes) i Mela (.melarecipes), jest zarezerwowany dla planów płatnych i nie stanowi tylnej furtki dla Pinteresta.

Korzyść z takiego podejścia widać po dwóch tygodniach, o czym więcej w tekście o porządkowaniu cyfrowych przepisów: dwadzieścia przepisów, z których faktycznie się gotuje, bije trzysta pinów, których nikt nigdy nie otwiera.

Co dostaje się po imporcie

Przepis przychodzi rozłożony na części: tytuł, opis, składniki, kroki, czas przygotowania i gotowania, liczba porcji oraz propozycje tagów. Ekran sprawdzania pozwala poprawić wszystko przed zapisaniem i to właśnie moment, w którym usuwa się wciągnięte przez pomyłkę elementy nawigacji strony albo rozdziela zlepiony krok na dwa.

Szczegół, który bywa zaskoczeniem: zapisane zdjęcie pochodzi ze strony z przepisem, a nie z obrazka pina. Jest przy okazji ponownie kodowane i zmniejszane do maksymalnie 1200 pikseli, zanim trafi do przechowania.

Dalej przepis żyje jak każdy inny. Zmiana liczby porcji przelicza ilości proporcjonalnie, z zaokrągleniem do 0,1; składnik bez podanej liczby zostaje bez zmian, a przeliczanie jednostek działa tylko w obrębie tej samej natury, czyli objętość na objętość albo masa na masę. Przepis można wstawić do planu tygodnia (poniedziałek do niedzieli), a z zaplanowanych posiłków powstaje lista zakupów, na której powtarzające się składniki łączą się automatycznie. Przy gotowaniu zostaje tryb kuchenny na pełnym ekranie: ekran nie gaśnie, a minutniki wykrywane są bezpośrednio w treści kroków.

Plany, kredyty importu i koszt nieudanego pina

W wersji darmowej dostępnych jest 5 przepisów oraz 5 importów AI dożywotnio, licząc wszystkie źródła razem. Import z Pinteresta zużywa jeden kredyt dokładnie tak samo jak zdjęcie czy film, mimo że technicznie sprowadza się do odczytania strony internetowej. Nie ma źródeł „darmowych”.

Jest natomiast ważne zastrzeżenie na korzyść użytkownika: kredyt schodzi wyłącznie przy powodzeniu. Pin bez linku wychodzącego albo z linkiem martwym nie kosztuje żadnego z pięciu darmowych importów. Trzeba jedynie odczekać kilka sekund przed kolejną próbą.

Plan Pro kosztuje 4,99 € miesięcznie lub 39,99 € rocznie i znosi limity przepisów oraz importów. Plan Family to 6,99 € miesięcznie lub 59,99 € rocznie dla maksymalnie 4 kont: przepisy, plan tygodnia i lista zakupów są wtedy wspólne i aktualizują się w czasie rzeczywistym, a każda osoba zachowuje własne konto i login. Bywa to praktyczne, gdy w gospodarstwie domowym kilka osób przypina przepisy niezależnie od siebie.

Na koniec fakty porządkowe: aplikacja działa w przeglądarce, na iOS i na Androidzie, w sześciu językach (polski, francuski, angielski, hiszpański, włoski, niemiecki), przepis udostępnia się linkiem internetowym, a do pracy potrzebne jest połączenie z siecią, bo tryb offline nie istnieje. Na start w zupełności wystarczy pięć dobrze wybranych pinów.

Wypróbuj Cookfolio za darmo

5 darmowych przepisów + 5 darmowych importów. Bez karty kredytowej.

Zacznij teraz
← Powrót do bloga